Napisane 7 września 1945. A, 6391-6399
[por. Mt 14,15-21; Mk 6,35-44; Łk 9,12-17, J 6,1-15] To wciąż to samo miejsce.
Jedynie słońce nie świeci już od strony wschodniej. [Jego promienie wcześniej]
przechodziły przez zarośla, ciągnące się wzdłuż Jordanu w tej okolicy dzikiej,
niedaleko miejsca, gdzie wody jeziora wpływają do koryta rzeki. [Teraz światło]
też dochodzi, ukośnie, od zachodu, gdyż słońce zachodzi w czerwonej chwale,
znacząc niebo ostatnimi promieniami. Gęste listowie bardzo łagodzi światło i
[wszystko przybiera] spokojne, wieczorne barwy. Ptaki, upojone słońcem,
którym syciły się przez cały dzień, oraz obfitym pożywieniem, znalezionym w
sąsiednich wioskach, oddają się swawolom, świergotom i śpiewom na szczytach
drzew. Zapada zmierzch. To ostatnie blaski dnia. Apostołowie mówią o tym
Jezusowi, który wciąż poucza, opierając się na podsuwanych Mu przykładach.
«Nauczycielu, wieczór się zbliża, a miejsce jest opustoszałe, oddalone od
domów i osad, cieniste i wilgotne. Niebawem nie będzie już można ani nic
ujrzeć, ani chodzić. Księżyc późno wstaje. Odeślij lud, żeby poszedł do Tarichei
oraz do miast nad Jordanem kupić żywność i poszukać schronienia.»
«Nie muszą odchodzić. Dajcie im jeść. Mogą tutaj spać, tak jak spali czekając na
Mnie.»
«Zostało nam tylko pięć chlebów i dwie ryby, Nauczycielu, wiesz o tym.»
«Przynieście Mi je» [– poleca im Jezus.]
«Andrzeju, poszukaj chłopca. To on trzyma torbę. Przed chwilą był z synem
uczonego w Piśmie i z dwoma innymi. Zajmowali się splataniem koron z
kwiatów, bawiąc się w królów.»
Andrzej odchodzi szybko, także Jan i Filip idą szukać Margcjama w tłumie, który
stale się przemieszcza. Znajdują go niemal w tym samym czasie. Ma torbę z
żywnością, przewieszoną przez ramię. Długi pęd powojnika otacza jego głowę, a
drugi – tworzy pas. Zwisa z niego róża zastępująca miecz: gardą jest kwiat, a
ostrzem – jej łodyga. [Margcjam] jest w towarzystwie siedmiu podobnie
dziwacznie przystrojonych [dzieci]. Tworzą orszak dla syna uczonego. To
dziecko bardzo wątłe. Ma poważny wzrok kogoś, kto wiele wycierpiał. Odgrywa
rolę króla, bardziej ozdobiony kwiatami niż inni.
«Chodź, Margcjamie, Nauczyciel o ciebie pyta!»
Margcjam porzuca przyjaciół i odchodzi pośpiesznie, nie zdejmując nawet
swych... kwiecistych ozdób. Inne [dzieci] podążają za nim i Jezusa szybko
otacza wieniec dzieci w kwiatach. Głaszcze je. Filip w tym czasie wyjmuje z
torby pakunek z chlebem. W środku są też dwie owinięte wielkie ryby, ważące
około dwóch kilogramów. Ta [ilość] nie wystarcza nawet dla siedemnastu osób
z grupy Jezusa, czy raczej osiemnastu z Manaenem. Przynoszą to jedzenie
Nauczycielowi.
«Dobrze. Teraz przynieście Mi kosze. Siedemnaście... dla każdego. Margcjam da
jedzenie dzieciom...»
648
Jezus patrzy uważnie na uczonego w Piśmie, który pozostawał cały czas przy
Nim, i pyta go:
«Chcesz i ty dać jedzenie głodnym?»
«Chciałbym, ale ja też nic nie mam.»
«Rozdaj Moje. Pozwalam ci na to.»
«Ale... masz zamiar nakarmić prawie pięć tysięcy mężczyzn, prócz kobiet i
dzieci, tymi dwoma rybami i tymi pięcioma chlebami?»
«Oczywiście. Nie bądź niedowiarkiem. Kto wierzy, ujrzy dokonujący się cud.»
«O! Zatem ja też chcę rozdzielać żywność!»
«Każ więc podać sobie także jeden kosz.»
Apostołowie powracają z koszami i koszykami, szerokimi i płytkimi lub
głębokimi i wąskimi. Uczony wraca z koszykiem raczej małym, chociaż –
wziąwszy pod uwagę jego brak wiary – to i tak wybrał duży.
«Dobrze. Połóżcie to wszystko tutaj i każcie tłumowi usiąść, zachowując
porządek, w regularnych rzędach, jak to tylko możliwe.»
Kiedy to robią, Jezus podnosi chleby i ryby, ofiarowuje je, modli się, błogosławi.
Uczony w Piśmie nie spuszcza Jezusa z oczu. Potem Jezus łamie pięć chlebów
na osiemnaście części i także obie ryby – na osiemnaście części. Wkłada
kawałek ryby, bardzo mały kawałek, do każdego koszyka i dzieli na osiemnaście
kęsów chleb. A każdy kawałek chleba dzieli na [jeszcze] mniejsze. Jest ich dość
dużo, [może] dwadzieścia, ale nie więcej. Każdy kawałek umieszcza w koszu,
po podzieleniu go, razem z rybą.
«A teraz weźcie i rozdajcie, do nasycenia głodu. Idźcie. Idź, Margcjamie, daj
jeść twoim towarzyszom.»
«O! Jakie to ciężkie!» – mówi Margcjam podnosząc swój kosz i idzie zaraz ku
swoim małym przyjaciołom. Kroczy [z takim trudem], jakby niósł ciężkie
brzemię.
Apostołowie, uczniowie, Manaen, uczony patrzą, jak dziecko odchodzi. Nie
wiedzą, co o tym myśleć... Potem biorą kosze, potrząsają głowami i mówią do
siebie:
«Chłopiec żartuje! To nie jest cięższe niż było wcześniej.»
Uczony zagląda też do środka [kosza] i wkłada rękę, żeby dotknąć jego dna,
gdyż nie ma wiele światła tam w [cieniu drzew], gdzie znajduje się Jezus. Dalej
zaś, na polanie, jest jeszcze dość jasno. Jednak pomimo tego stwierdzenia, idą
ku ludziom i zaczynają rozdzielać. Dają, dają, dają. I od czasu do czasu, z coraz
większej odległości, odwracają się zdumieni ku Jezusowi. On zaś – ze
skrzyżowanymi ramionami, oparty o drzewo – uśmiecha się lekko widząc ich
zaskoczenie.
Rozdzielanie [jedzenia] jest długie i hojne... Jedynym, który nie okazuje
zdziwienia, jest Margcjam. Śmieje się, szczęśliwy, że może napełnić ręce tak
wielu biednych dzieci chlebem i rybą. On też pierwszy powraca do Jezusa,
mówiąc: «Tak dużo dałem, tak dużo, tak dużo!... Bo ja wiem, co to jest głód...»
649
I podnosi twarz, która nie jest tak wychudła, jak w jego minionym już
wspomnieniu. Blednie i otwiera szeroko oczy... Jezus głaszcze go, więc na jego
dziecięcą twarz powraca promienny uśmiech. Ufnie tuli się do Jezusa, swego
Nauczyciela i Obrońcy.
Powoli wracają apostołowie i uczniowie, oniemiali ze zdziwienia. Ostatni
[powraca] uczony w Piśmie, nic nie mówiąc. Jednak wykonuje gest, który jest
czymś więcej niż przemową: klęka i całuje frędzel szaty Jezusa.
«Weźcie waszą część i dajcie Mnie nieco. Jedzmy Boży pokarm.»
Jedzą chleb i rybę, każdy do syta... W tym czasie ludzie, nasyceni, dzielą się
swoimi uwagami. Ci, którzy są wokół Jezusa, ośmielają się przemówić,
spoglądając na Margcjama, który po zjedzeniu ryby bawi się z innymi dziećmi.
«Nauczycielu – pyta uczony w Piśmie – dlaczego chłopiec od razu poczuł ciężar
[kosza], a my – nie? Ja nawet sprawdzałem w środku. Było tam wciąż tych kilka
kęsów chleba i jeden kawałek ryby. Zacząłem odczuwać ciężar dopiero wtedy,
gdy szedłem w kierunku tłumu. Gdyby jednak to miało wagę tego, co rozdałem,
trzeba by pary mułów, żeby to przetransportować... nie kosza, lecz całego wozu
napełnionego żywnością. Na początku rozdawałem powoli... potem zacząłem
rozdzielać, rozdzielać i żeby nie być niesprawiedliwym, powróciłem do
pierwszych, rozdzielając raz jeszcze, gdyż pierwszym dałem niewiele. A jednak
było tego dosyć.»
«Ja też odczułem, że kosz stawał się coraz cięższy, gdy szedłem naprzód, i
zaraz zacząłem rozdzielać wiele, bo zrozumiałem, że dokonałeś cudu» – odzywa
się Jan.
«Ja zaś – mówi Manaen – zatrzymałem się i usiadłem. Wysypałem na płaszcz
zawartość [kosza] i ujrzałem wiele chlebów... Wtedy poszedłem do nich...»
Bartłomiej mówi:
«Ja nawet je przeliczyłem, żeby głupio nie wyglądać. Było pięćdziesiąt małych
chlebów. Powiedziałem do siebie: “Dam je pięćdziesięciu osobom, a potem
powrócę.” I liczyłem. Po dojściu do pięćdziesiątej [osoby], ciężar [kosza] był
wciąż taki sam. Spojrzałem do środka. Było tego wciąż wiele. Poszedłem
naprzód i dawałem setkom [osób]. A zawartość wcale się nie zmniejszała...»
Tomasz wyznaje:
«Ja, przyznaję się, nie wierzyłem w to. Wziąłem do rąk kawałki chleba i ten
mały kawałek ryby, spojrzałem i powiedziałem sobie: “Na co to się przyda?
Jezus chciał Sobie zażartować!...” I patrzyłem na to, patrzyłem... Ukryłem się za
drzewem i miałem nadzieję, że ujrzę, jak się zwiększają. Jednak było tego wciąż
tyle samo. Już miałem powrócić, kiedy przechodzący obok Mateusz powiedział
do mnie: “Widziałeś, jakie są piękne?” “Co?” – zapytałem. “Ależ chleby i
ryby!...” “Szalony jesteś? Ja widzę ciągle te kawałki chleba.” “Idź je rozdzielić z
wiarą, a zobaczysz”. Wrzuciłem z powrotem do kosza tych kilka kawałków i
poszedłem z niechęcią... A potem... Przebacz mi, Jezu, jestem grzesznikiem!»
[Jezus odpowiada Tomaszowi:] «Nie, ty jesteś duchem świata. Ty rozumujesz,
jak ludzie tego świata.»
«A zatem ja też, Panie – mówi Iskariota. – Do tego stopnia, że zamierzałem z
kawałkiem chleba dać monetę, myśląc: “Zjedzą gdzie indziej”. Miałem nadzieję
pomóc Ci w zachowaniu twarzy. Kim więc ja jestem? Takim jak Tomasz czy kimś
więcej?»
650
«Więcej niż Tomasz: ty jesteś “światem”.»
«A jednak zamierzałem dać jałmużnę, żeby być Niebem! To były moje własne
denary...»
«Jałmużna dla siebie i dla własnej pychy, ale nie dla Boga... On tego nie
potrzebuje, a jałmużna dla twej pychy to grzech, a nie zasługa.»
Judasz spuszcza głowę i milknie.
«Ja zaś – odzywa się Szymon Zelota – sądziłem, że ten kawałek ryby i kawałki
chleba powinienem był podzielić na mniejsze, żeby wystarczyły. Jednak nie
wątpiłem, że ich ilość i wartość odżywcza będzie wystarczająca. Kropla wody
dana przez Ciebie może być bardziej pożywna niż uczta.»
«A wy, co wy myślicie?» – pyta Piotr kuzynów Jezusa.
«My przypomnieliśmy sobie Kanę... i nie wątpiliśmy» – mówi poważnie Juda.
«A ty, Jakubie, Mój bracie, ty nie myślałeś tylko o tym?» [– dopytuje się Jezus.]
«Nie. Ja myślałem, że to był sakrament. Jak mi o tym mówiłeś... Czy to tak, czy
się mylę?»
Jezus uśmiecha się: «I tak, i nie. Do prawdy o mocy odżywczej kropli wody – o
czym powiedział Szymon – trzeba dodać twoją myśl o odległym symbolu. Ale to
jeszcze nie jest sakrament.»
Uczony zachowuje skórkę w rękach.
«Co z tym zrobisz?»
«[Zachowam]... na pamiątkę.»
«Ja też to zatrzymam. Włożę do woreczka, który Margcjam nosi na szyi» –
mówi Piotr.
«Ja zaniosę kawałek naszej matce» – stwierdza Jan.
«A my? Wszystko zjedliśmy...» – mówią inni, strapieni.
«Wstańcie [– odzywa się Jezus. –] Idźcie ponownie z koszami i zbierzcie
odpadki. Oddzielcie ludzi najbiedniejszych od innych i przyprowadźcie ich do
Mnie tutaj, z koszami. A potem wy, Moi uczniowie, idźcie wszyscy do łodzi i
wypłyńcie na głębię, żeby się udać na równinę Genezaret. Odprawię ludzi po
zaopatrzeniu najbiedniejszych i potem do was dołączę.»
Uczniowie są posłuszni... i powracają z dwunastoma koszami wypełnionymi
resztkami. Za nimi idzie około trzydziestu żebraków lub bardzo wynędzniałych
osób.
«Dobrze. Idźcie» [– poleca im Jezus.]
Apostołowie i [uczniowie] Jana żegnają Manaena i odchodzą. Opuszczają Jezusa
z żalem, ale są posłuszni. Manaen czeka z pożegnaniem Jezusa, aż tłum, przy
ostatnich blaskach dnia, odejdzie w stronę pól poszukać miejsca do spania,
pomiędzy wysokim i wysuszonym sitowiem. Potem żegnają się. Przed nim
odszedł uczony w Piśmie, nawet jako jeden z pierwszych, gdyż wraz ze swoim
synkiem szedł za apostołami.
651
Kiedy już wszyscy odeszli lub posnęli Jezus wstaje, błogosławi śpiących i
powolnym krokiem idzie w kierunku jeziora, ku półwyspowi Tarichei,
wzniesionemu o kilka metrów, jakby to był wycinek wzgórza zanurzony w
jeziorze. Nie wchodząc do miasta, lecz przechodząc obok niego, wszedł na
wzgórze. Zatrzymuje się na skale, żeby się modlić. Ma naprzeciw Siebie lazur
[jeziora] i biel księżycowej poświaty w spokojną noc.